środa, 25 listopada 2009

Leniwy weekend

Weekend upłynął nam niezwykle leniwie, czytaliśmy książki i spaliśmy. W sobotę wieczorem zaczęło bardzo mocno padać a my ruszyliśmy na imprezę. Od stacji kolejowej do domu naszych polskich przyjaciół dzieliła nas odległość około kilometra, którą oczywiście musieliśmy pokonać pieszo w strugach deszczu, a było to prawdziwe urwanie chmury. Już na naszej ukochanej malutkiej stacji Sth Kensington zaczęło się robić zabawnie i nader ciekawie, gdyż jakiś niezmiernie gadatliwy Anglik z naprzeciwległego peronu nabijał się ze wszystkich skrytych pod daszkami, czekających już ok. 40 minut na pociąg ludzi. Stał w deszczu w czapeczce z flagą Anglii i koszulce Beatlesów wykrzykując w niebogłosy o wyższości Elvisa Prestleya nad Micheal’em Jacksonem oraz deszczowej pogody nad słoneczną. Obok nas siedziały dwie dziewoje pochodzenia azjatyckiego w czerwonych boa, a on oferował im 50 dolarów za wyjście na deszcz i zmoczenie się. Oczywiście bezskutecznie, która bowiem kobieta, wcześniej spędzająca parę do parunastu godzin na własnej toalecie wyjdzie na deszczówkę? Stupido i raro :). W końcu pociąg przyjechał i pojechaliśmy na imprezę. Gdy wysiedliśmy juz na właściwej stacji, ropadało się na dobre. Aby poprawic sobie humory, całą drogę, brnąc po kolana w kałużach (a miałam co najmniej 15 cm obcas) śpiewaliśmy piosenki. Repertuar od rocka po musicale Andrew Lloyda Webera. Aż dziwota, że biedni, umęczeni naszym wyciem i chichotem Australijczycy nie zawezwali w trybie natychmiastowym służb porządkowych. W końcu dotarliśmy na miejsce, co nie było wcale łatwe, gdyż ulica na której znajdował się dom Janka i Malwiny niestety nie była oznaczona. Mariusz biegał z latarką po deszczu i wyłącznie po gościach siedzących na ganku udało nam sie zlokalizować miejsce naszego sobotniego przeznaczenia. Na ganku zaś przed domem siedziała para starszych Polaków, Pani- kosmetyczka zaproponowała Mariuszowi wosk nóg!!!Sam zgadnij drogi czytelniku jaka była jego odpowiedź:)
Na imprezie było bardzo miło, poznaliśmy dużo Polaków, Australijczyków i ... paru Greków z Cypru oraz Kiwi- ptak rodzaju męskiego. Polacy przemili, większość z nich z długim stażem (ok. 7 lat w Australii)i statusem obywatela. Bawiliśmy się wyśmienicie, wszyscy wypili „trochę” za dużo niż powinni i ok. 1 już wracaliśmy taksówką do domu. Reszty wieczoru nie będę opisywać ze względu na resztki kurtuazji i dobrego smaku, które mi pozostały.
Niedziela oprócz wyprawy do kościoła upłynęła nam na spaniu i leżeniu w łóżku. AAA i na koniec ciekawostka, znowu a propos strojów. Zmierzając do supermarketu, zauważyliśmy jak z samochodu wysiada nie kto inny jak Lord Darth Vader w pełnym uposażeniu. Wysiada i wita się z „normalnie” ubranymi przyjaciółmi. Ach, ta Australia!:)Zdjec brak, bo nie wzielismy aparatu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz