czwartek, 24 grudnia 2009

Praca

Może zacznę od nadrobienia zaległości, od ...hmmm....środy :)
W środę był mój pierwszy dzień w pracy, do moich obowiązków należy ... wszystko :)
Czyli od odbierania telefonów, po zamykanie dnia, przesyłanie raportów do biura, zaopatrzenia, sprzątanie, sprzedaż, etc. Uff to był naprawdę ciężki dzień, najtrudniej było mi zrozumieć politykę sprzedażowo-pieniężną i wystawianie rachunków - nie ma sie co dziwic, że humanistka w tej dziedzinie nie kumata. Pierwszego dnia mileiśmy bardzo dużo klientów, koleżanka, która ze mną pracuje, nie mogła mi wszystkiego wytłumaczyć wcześniej (ponieważ wykonywała zabiegi) i metodą prób i błędów powoli zgłębiałam meandry skomputeryzowanego systemu zamówień, płatności i info o klientach. Nie mogę jednak narzekać, najlepsze w tej pracy jest to, że w moim odczuciu (ach, ta racjonalizacja) doskonale przygotuje mnie językowo do właściwej, wymarzonej pracy. Z tego się właśnie najbardziej cieszę, że mam możliwość rozmawiania z klientami non-stop. Ponadto, do pracy mam bardzo blisko, zespół jest miły, kosmetyki fajne, a praca nie jest bardzo ciężka. Cieszę się z niej, jednak nie ukrywam, że chciałabym już mieć wszystko ułożone, po swojemu, pracować w swoim zawodzie (jakby ten nie był mój :), ale... staram się cieszyć tym co mam i czekam spokojnie na dalszy rowój wydarzeń.
Jeżeli chodzi o mój drugi dzień próbny, czwartek, to był odwrotnością pierwszego, spokojny, niewielu klientów. Na początku dnia przyjechała szefowa, wręczyć każdej z nas po torciku pomarańczowym. Było to bardzo miłe z jej strony. W ogóle musze przyznać, że bardzo ją lubię....ale parę słow o niej. R. Jest włoszką urodzona w Australii, jej rodzice przyjechali tu z Sycylii i do tej pory zdarza jej się wtrącać włoskie słowa do dialogu, co uważam jest urocze. Następnie mamy Grace - moją koleżankę z pracy, Grace urodzona w Australii, ale jej rodzice są Sycylijczykami, którzy poznali się w Australii. Co ciekawe, wcześniej się nie znali, a okazało się, że pochodzą z tej samej sycylijskiej miejscowości. Grace ma chłopaka - również Włocha, który ma na imię - Antonio. Normalnie w środek włoskiego klanu trafiłam, ha ha ha. Nie powiem, żeby mi to przeszkadzało, od swych najmłodszych lat bowiem lubię Włochów i cieszę się, że mogę z nimi pracować.

2 komentarze:

  1. To moje najulubieńsze zdanie: "metodą prób i błędów powoli zgłębiałam meandry skomputeryzowanego systemu zamówień, płatności i info o klientach" - piękne!!!
    Malina

    OdpowiedzUsuń